poniedziałek, 31 marca 2014
ROZDZIAŁ I
I
Wracam. Pobrzmiewało w mojej głowie echo myśli powtarzanych przeze mnie w kółko przez ostatnie cztery miesiące. Niby wiedziałam, czego się spodziewać. Przecież widywałam swoich rodziców co wakacje, gdy to przyjeżdżali do mnie by mnie odwiedzić.
W zasadzie od piątego roku życia przebywam po za domem. Jako pięciolatka zostałam wysłana do szkółki z internatem. Na początku było mi bardzo ciężko. Mała dziewczynka z dala od swych rodziców. Ale będąc w domu, też zbyt często ich nie widywałam. Ciągle oboje byli zajęci pracą. A ja siedziałam z nianią. Postanowili wysłać mnie do Europy. Tam miałam przyjąć solidne wykształcenie, przekazywane od najmłodszych lat przez siostry zakonne. Moje dotychczasowe życie opierało się głównie na nauce i modlitwach. Nie powiem żebym nie lubiła tych czynności. Z nauką nie miałam problemów. Siostry były kochane opiekowały się nami jakbyśmy były ich dziećmi. Szkoła była położona w malowniczej Normandii w klasztorze zamkniętym. Oddalona od najbliższej wioski o trzydzieści kilometrów. Było to przepiękne miejsce. Klasztor otoczony był dwu metrowym murem z jasnego kamienia i miał sporą powierzchnię, a przekraczając jego granice wchodziło się do miejsca tętniącego zielonym życiem przeróżnej roślinności. Miałyśmy wspaniały ogród rozciągający się wzdłuż murów klasztoru. Dbałyśmy o to, by wszystko wyglądało w nim jak należy. Krzewy i drzewa owocowe, czy winorośle przycinane były w odpowiednim czasie, pozostałe natomiast krzewy ozdobne miały sprawiać wrażenie wyjątkowych i niespotykanych. Uczyłyśmy się tworzyć z nich dzieła sztuki, przycinając je w rozmaite kształty. Hodowaliśmy różne zwierzęta wiejskie i domowe. Takie jak konie, kozy, owce, psy, koty, kaczki, kury i kilka innych odmian ptaków. Wszyscy żyliśmy ze sobą w błogiej koegzystencji. Nie widywałyśmy zwykłych ludzi zbyt często. Same dbałyśmy o solidne wykonywanie większości prac, jakie znajdowały się w naszym klasztorze, to one pozwalały nam nauczyć się pracy fizycznej. Mimo, że każda z dziewczynek miała dość zamożnych rodziców i tak naprawdę nie musiałaby robić zupełnie nic. Uczono nas skromności i dobroci wobec bliźniego. Ale siostrzyczki, mimo tego, że kochały ludzi i przyrodę ponad wszystko wiedziały, że teraźniejszy świat niestety nie jest tak dobry i należy również, nauczyć nas jak się przed nim bronić. A zwłaszcza przed potencjalnymi oprawcami. Dlatego uczęszczałyśmy na zajęcia z samoobrony, prowadzone przez jedną z nielicznych osób z poza klasztoru. Była to młoda Francuzka Żizel Raniet nauczycielka, którą darzyłyśmy wielką sympatią. Mogła mieć, co najwyżej jakieś 25 lat i uwielbiała naszą szkołę, mimo iż musiała dojeżdżać do niej pięćdziesiąt kilometrów. W szkole był różny przedział wiekowy. Ja trafiłam tam mając pięć lat. Moich rówieśniczek, niestety nie było. Większość dziewczynek miała już po dziesięć, jedenaście i dwanaście lat. Byłam jedną z tych nielicznych osób, która spędziła tam najwięcej czasu. Mimo, iż przebywałam tysiące kilometrów od domu, to nie czułam się osamotniona.
Jakiś czas temu, moi rodzice osiedlili się już na stałe, w naszym starym domu w Sitka. Miejscu znajdującym się w zachodniej części Wyspy Baranowa w stanie Alaska. Postanowili już tyle nie podróżować i sprowadzić mnie w końcu do siebie. Próbowali zresztą już dwa lata temu przekonać mnie, abym wróciła razem z nimi po zakończeniu wakacji, tylko wtedy jakoś tak nie czułam się jeszcze gotowa. Bardzo ich kochałam, ale całe moje dotychczasowe życie, odbywało się przecież z dala od nich, jak więc tak nagle mogłam opuścić mój Dom w Loriet. Przecież, tak dobrze go znałam. Na samą myśl o zmianie otoczenia, ogarniała mnie panika. Zrozumieli to i nie naciskali, licząc na to, iż wkrótce zmienię jednak zdanie i zapragnę poznać inne życie. W moje siedemnaste urodziny zdałam sobie w końcu sprawę, że mimo iż cały mój świat opiera się na pobycie w klasztorze, to i tak chciałabym poznać w końcu, życie normalnych dzieci. Chciałam dowiedzieć się, jakby to było uczyć się w szkole, gdzie jest więcej niż tylko jedna osoba ucząca się i osoba prowadząca zajęcia z danego przedmiotu. Wiedziałam, że indywidualne zajęcia miały przeogromną wartość, że dzięki nim naprawdę mogłam pochwalić się całkiem sporą wiedzą, ale niestety moje doświadczenia we współżyciu z innymi ludźmi były niewielkie. Musiałam się sprawdzić. Zobaczyć, jakby to było. Odnosiłam wrażenie, że coś mnie ciągle omija, coś bardzo ważnego. Nie potrafiłam jednak stwierdzić, tak w jednym zdaniu, co to było. Dlatego, że na to coś, zaczęło się składać coraz więcej czynników.
Moja decyzja o powrocie ucieszyła bardzo rodziców. Zmartwiła natomiast siostrzyczki, z którymi tak się z żyłam, a które poniekąd liczyły na to, iż zostanę już w klasztorze. Informacja o moim wyjeździe, na samym początku bardzo je zdziwiła, dlatego że w zasadzie podjęłam ją z dnia na dzień. Rozważyłam wszystkie aspekty, jakie mogły mnie czekać po powrocie do życia w zupełnie innym świecie, a jak by wyglądało ono gdybym została w klasztorze. Jeślibym została, nic by się nie zmieniło. Żyłabym tu w zgodzie z naturą i innymi. Ale nie byłam pewna, czy tak właśnie chcę żyć? Musiałam poznać inne życie, by się tego dowiedzieć. Dlatego postanowiłam zamieszkać z rodzicami. I stało się to głównym argumentem, jaki podawałam siostrom i rodzicom.
- Musze się dowiedzieć czy tak właśnie chcę żyć. To życie jest cudowne, naprawdę, ale nie znając innego, jak mogę stwierdzić, iż żyjąc inaczej, też nie byłabym szczęśliwa.- Powtarzałam to wielokrotnie osobom próbującym dowiedzieć się, co mną kieruje, iż decyduje się na życie po za klasztorem.
Nigdy nie traktowałam klasztoru jako swojego więzienia. Z którego nie mogę wyjść. To miejsce, było moim domem. Wiedziałam, że jeśli nalegałabym, rodzice zabraliby mnie stamtąd już wcześniej. Nie widziałam jednak, nigdy takiej potrzeby. Czułam, że podróżując są szczęśliwi, a i mój pobyt tam, miał jakieś głębsze znaczenie. Dzięki temu, że się tam wychowałam wyrosłam na właśnie taką osobę, jaką byłam w chwili, gdy opuszczałam to miejsce. Pragnęłam pozostać sobą, za wszelką cenę. Zwracając uwagę by wartości, które wpoiły mi siostry takie jak dobroć i rozwaga w postępowaniu, towarzyszyły mi w dalszym etapie mojego życia. Nie miało być to łatwe, ale podjęłam to ryzyko chcąc nauczyć się czegoś więcej.
Stojąc po raz ostatni nad klifem, pod którym fale rozbijały się o skały, utwierdzałam się w przekonaniu, iż dokonuje właściwego wyboru. Łzy same pociekły po policzkach. Usiadłam, podciągając kolana pod brodę i przyciskając je do siebie. Kochałam to miejsce. Cały czas miałam nieodparte wrażenie, że już tu nigdy nie wrócę i żegnam się z nim na zawsze. Choć obiecywałam wszystkim, dookoła, że na pewno ich odwiedzę. Kiedy tak siedziałam skulona zupełnie sama, pewność wcześniejszych obietnic rozmyła się. Cieszyłam się, że nikt mnie nie widzi. Obok mnie leżała ułożona moja ukochana gitara, towarzysząca mi już od tak wielu lat. Pogładziłam ją delikatnie po strunach, jakby miała mi odpowiedzieć „nie martw się wszystko się ułoży”. Nic nie odpowiedziała tylko struny wydały z siebie ciche dźwięki pod naciskiem moich palcy. Wzięłam ją w ręce niczym najbliższą mi przyjaciółkę i przytuliłam mocno do siebie. Tylko ona miała pozostać łącznikiem z tutejszym światem. Palce pobiegły po strunach zmuszając je do wydobycia cichej melodii. Zatopiłam się w jej cichych i delikatnych dźwiękach przenosząc się do mojego zakątka, do którego nikt nie miał wstępu. Szybowałam niczym ptak wśród pięknych klifów, a słońce rzucało swoje ostatnie promienie tuż przed tym zanim miało się skryć za horyzontem. Jakże czułam się wolna i spokojna. Leciałam rozkoszując się pędem i wiatrem, który wplatał się w moje włosy.
Nie wiem, co się stało, ale coś przecięło mi drogę coś dużego i czarnego. Spadło na mnie z góry niczym grom. Straciłam równowagę i zaczęłam spadać. Opanowałam się w porę i wyrównałam swój lot. Rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu czegoś dużego i czarnego ale niczego nie dostrzegłam. Co to miało być?
Może przez to, że tak bardzo przejmowałam się powrotem do domu, moja wyobraźnia postanowiła dać o sobie znać. I w jakiś sposób odzwierciedlić moje przerażenie. Sama nie wiem. Zawsze, kiedy zaczynałam grać przenosiłam się w świat marzeń. To dzięki swojej wyobraźni mogłam podziwiać wiele pięknych miejsc miedzy innymi piękno skał i zachód słońca podczas szybowania. Ten widok uwielbiałam najbardziej ze wszystkich. Zabawne było tylko to, że potrafiłam tego dokonać tylko wtedy, gdy grałam. Nie potrzebowałam nut. Muzyka sama wychodziła spod moich dłoni. Wiele lat wstecz nauczyła mnie grać na tym instrumencie siostra Rosalia, za co byłam jej niezmiernie wdzięczna.
Słońce zaszło już za linie wody i musiałam wrócić do klasztoru. Tak właściwie wychodzenie po za mur było zabronione, ale jakoś zawsze udało mi się wymknąć by poprzebywać w swoim ukochanym zakątku, gdzie przepaść skalna łączyła się z pięknymi polami pełnymi dzikich kwiatów i traw. Domyślałam się, że Rosalia wie o mojej niesubordynacji, ale przymykała na nie oko. W końcu nie robiłam nic złego. Zresztą w obrębie wielu kilometrów nie było żywego ducha.
*****************************
Na lotnisko w Paryżu odwiozła mnie jedna z sióstr. Nie mogłam uwierzyć, jak wiele mnie ominęło. Świat tak bardzo się zmienił. Ludzie niczym mrówki biegające wokół mrowiska chodzili po ulicach, każdy wyznaczoną przez siebie ścieżką. Jacyś tacy zadumani niezwracający uwagi na to, co dzieję się wokół nich. Nieobecnym wzrokiem błądząc gdzieś przed sobą. Jadąc na lotnisko mogłam podziwiać to jak czas zmienił wszystko wokół. Najbardziej podobały mi się ubrania. Były piękne, kolorowe, każdy człowiek był inny, indywidualny. To mnie wzruszyło, bo w szkole wszystkie nosiłyśmy te same rzeczy granatowe spódniczki i granatowe bluzki z herbem szkoły na lewej piersi.
Na lotnisku było mnóstwo ludzi. Jeszcze nigdy w swoim życiu nie znalazłam się w takim miejscu. Kiedy moi rodzice mnie tu przywozili wyglądało tu zupełnie inaczej, ale pamiętałam to tylko jak przez mgłę.
Siostra odprowadziła mnie na odprawę. Nie miałam zbyt dużo rzeczy dwie pary swoich codziennych ubrań. Kilka książek.
Podobno rodzice zaopatrzyli już moją szafę w zwykłe rzeczy. Miałam w Sitka chodzić do szkoły koedukacyjnej. No i właśnie ta sytuacja mnie trochę przerażała. Szkoła, w której roiło się od uczni różnych płci. Ludzi, którzy wiedzieli jak się zachować w dużych skupiskach. A w klasztorze uczennic było raptem trzydzieści i dwadzieścia trzy zakonnice. Ale mimo tego nie mogę powiedzieć, że żałuję spędzonego tam czasu. Czułam się tam kochana i wiem, że siostry przygotowały mnie do życia jak najlepiej umiały. Trochę ten nowy świat mnie przerażał, ale miałam wrażenie, że dam sobie radę. Na pożegnanie siostra Rosalia ucałowała mnie w czoło. W jej oczach widziałam łzy. Twarz miała przepełnioną smutkiem i bólem, kiedy mówiła do mnie.
- Moje kochane słoneczko, uważaj na siebie. Cokolwiek by się nie działo pamiętaj, że jesteś wyjątkowa. – Kiedy wypowiadała te słowa łzy pociekły jej po policzkach. Serce się krajało, gdy tak na nią patrzyłam.
- Siostrzyczko wszystko będzie dobrze. Zobaczysz jadę przecież do rodziców. Po wielu latach wracam w końcu do mojego domu. - Zawahałam się chwilę zastanawiając się, czy dokończyć to zdanie, więc nie wyszło zbytnio przekonująco. - Tam przecież jest moje miejsce. - Nie byłam pewna, czy rzeczywiście tak jest. Musiałam się jednak o tym przekonać sama.
- Masz rację aniołku. Musisz wrócić do domu. Poniekąd to tam. Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważać. – Zrobiła przy tym taką minę, jakby w to wątpiła. Na jej czole pokazały się tak rzadko widywane trzy poziome zmarszczki.
- Obiecuje. Postaram się nie robić niczego w brew memu sercu.
Moja obietnica jej nie pocieszyła, tylko sprawiła, że na jej twarzy pokazały się kolejne krople gorzkich łez.
- Siostrzyczko nic mi nie będzie, zobaczysz na pewno się jakoś ułoży? - Zaczynałam się o nią martwić, nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Zawsze była opanowana, wesoła i uśmiechnięta. Jej niebiesko-zielone oczy zawsze były radosne i pełne miłości, teraz radość zgasła, ale przecież po moim wyjeździe na powrót miało się wszystko jakoś ułożyć i znowu miała być wesoła. Pożegnania nigdy nie sprawiały mi jakiś problemów. Były trudne, nie powiem, ale też nigdy nie odczuwałam tego w taki sposób żegnając się z rodzicami. Może w ich przypadku było to przyzwyczajenie. A z Rosalią, byłyśmy niczym matka i córka. Smutek panował również i w moim sercu.
- Na to liczę skarbie. Ale biegnij już, bo za chwilę samolot ci odleci, przez te moje farmazony. Przepraszam cię, nie powinnam się tak zachowywać. Tylko, ty jesteś dla mnie prawie jak własna córka. – Mówiąc to ponownie zaniosła się spazmatycznym płaczem.
- Odwiedzę cię siostro Rosalio. Zobaczysz. - Uśmiechnęłam się do niej, mając nadzieję, że uda mi się kiedyś spełnić tą obietnicę.
- Kocham cię aniołku. Dbaj o siebie. - Wyszeptała.
- Zadzwonię. - Zawołałam jeszcze na odchodnym.- Ja też cię kocham siostrzyczko.
*****************************
I pobiegłam, tam gdzie czekało na mnie moje przeznaczenie. Znalazłszy się w samolocie zostałam poinstruowana przez stiuardesę, gdzie mam usiąść i odłożyć bagaż podręczny. Po chwili, pasażerowie otrzymali instrukcje, jak się zachować w różnych sytuacjach podczas lotu. W końcu samolot zaczął kołować po pasie startowym i po krótkiej chwili wzbił się w niebo. Wtedy, zobaczyłam wszystko z góry. Niczym ptak mogłam podziwiać to, co za sobą zostawiałam. Moje ukochane miejsce na ziemi.
Słońce zachodziło powoli za horyzont, a samolot leciał w śród pięknych pierzastych chmur, okalanych światłem w kolorze różu, żółci i czerwieni, wymieszanego z fioletem. Wyglądało to, jak świat z bajki tak bardzo różniący się od zatłoczonego lotniska. Można by na tych chmurach umieścić piękny pałac, w którym mieszkałyby anioły. Tak, to pasowałoby do tego krajobrazu. Kiedy byłam małą dziewczynką i przesiadywałam na wrzosowiskach tuż obok klasztoru wiele razy wyobrażałam sobie anioły wśród pięknych złotych chmur. Teraz miałam okazję zobaczyć jak wyglądają one z innej perspektywy. I Mimo upływu moich lat doszłam do tego samego wniosku, że idealnie by tu pasowały wśród tak przepięknej oprawy. Tylko szkoda, że w życiu nie tak łatwo spotkać anioła. Nawet nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe? Ten piękny krajobraz przyniósł ukojenie smutku, po pożegnaniu z Rosalią.
Lot był długi, więc gdy zaczęło się ściemniać, zasnęłam. Spałam długo, bo zerknąwszy na zegarek uświadomiłam sobie, że minęło kilka godzin. Spojrzałam przez okienko w samolocie i moim oczom ukazał się piękny widok rozrzuconych po niebie gwiazd.
Niebo było bez chmurne, więc wszystko było dokładnie widać, a w dole majaczyły już światła wielkich aglomeracji. Niedługo mieliśmy już wylądować na lotnisku w Vancouver, co oznaczało, że stamtąd już tylko pozostał mi kilkugodzinny lot awionetką, wynajętą przez rodziców do miejsca, w którym miałam zamieszkać przynajmniej do ukończenia szkoły.
Zaczęłam czuć dziwny ścisk w żołądku. Czyżby to nerwy zaczynały mnie powoli zjadać przed nieznanym? Wszystko możliwe, w końcu, co wiedziałam o tym normalnym życiu tak wielu ludzi, do którego teraz musiałam się przystosować.
Nie miałam zbyt dużego problemu, aby odnaleźć awionetkę, która miała mnie dostarczyć do miejsca mojego przeznaczenia. Bowiem w poczekalni, czekał na mnie, jej pilot. Miał mnie bezpiecznie dostarczyć na miejsce, niczym jakąś cenną przesyłkę. Czekał z wypisaną z moim nazwiskiem kartką. Bez trudu go zauważyłam, bo biała kartka była wysoko uniesiona w górę nad jego głową, a napis był bardzo czytelnie wypisany czarnym grubym flamastrem. Pilot uśmiechał się do mnie. Tak jakby już wiedział, że to właśnie ja będę jego pasażerką. Za nim jeszcze do niego podeszłam mimo iż na lotnisku było wiele innych osób. Mogłam się w sumie tego domyślić. Kto inny z przybyłych na tym lotnisku miał na sobie podobne do mnie wdzianko? Nikt. Tylko ja byłam ubrana w mundurek o klasycznym kroju. Rodzice musieli poinformować go o tym, iż tak właśnie będę ubrana. Człowiek ten podszedł do mnie pewnym krokiem. Był dość potężny z niewielkim zarostem. Czupryna na jego głowie była mocno zmierzwiona przez wiatr, przez co niektóre brązowe kosmyki opadały mu w nieładzie na czoło. Mimo swej dużej postury wyglądał dość sympatycznie. A równe białe zęby szczerzyły się w moim kierunku w serdecznym uśmiechu.
- Witam. - Powiedział wesoło. - Ty zapewne jesteś Minien?! – Raczej, nie zabrzmiało to jak pytanie. Tylko jak stwierdzenie pewnego faktu.
- Tak. Dzień dobry. Albo raczej dobry wieczór. - Odpowiedziałam niepewnie. Było dość chłodno więc zarzuciłam na siebie niesioną na ramieniu kurtkę.
- Na pewno jesteś zmęczona, po tak długiej podróży? No i do tego doszła jeszcze ta zmiana czasu. - Mówił dość szybko. A ja jakoś nie mogłam nadążyć, za tą jego paplaniną i wyłapywałam, co któreś słowo.
No tak, rzeczywiście przecież między Europą, a Ameryką istnieje kilku godzinna różnica czasowa, zupełnie wyleciało mi to z głowy. Ale nie czułam się zmęczona. Przespałam się przecież będąc w samolocie.
- Nie jestem zmęczona. Spałam w samolocie. - Powiedziałam grzecznie do pilota, który zaczął mi się przyglądać.
- Byłaś już może w Sitka? - Pytając już wcale na mnie nie patrzył, tylko wesołym krokiem kierował się do środka naszego transportu.
- Tak. Kiedy miałam cztery latka.
- To szmat czasu. Ale nie przejmuj się. Sitka to taka magiczna miejscowość, w której czas się zatrzymał. Prawie nic się tam nie zmieniło. Dzięki temu, to miejsce jest tak wyjątkowe. - Pilot uśmiechał się do siebie z rozmarzeniem, mówiąc o tym miejscu. - Jedyna zmiana, jaka tam zaszła, to trochę większa ilość turystów.
- Ja nie jestem turystką.
- Nie mówię o tobie, wiem, że nie jesteś turystką. W ostatnim czasie, sporo osób sprowadziło się tam na stałe. To dość niespotykane.
- Dlaczego?
- Bo przez ostatni rok, zamieszkały tam cztery nowe rodziny. Co nie zdarzyło się u nas od kilkunastu lat.
- Może, po prostu zakochali się w tym pełnym uroku miejscu i postanowili się tam osiedlić. - Próbowałam podtrzymać rozmowę i nadążyć za tym, co mówił mój przewodnik.
- Może masz rację. Ale i tak uważam, że to dziwne. - Na chwile zamilkł, bo musieliśmy wpakować się do samolotu. No i musiał mnie poinstruować, jak zapiąć się pasami. Samolocik był mały, w kanarkowym kolorze z czerwonymi błyskawicami po bokach. Kiedy już się usadowił w fotelu pilota, połączył się z wieżą w celu zezwolenia na start. Po chwili byliśmy już w powietrzu. Myślałam, że może się już nagadał, ale niestety nie. Nie byłam przyzwyczajona do takiego zachowania. W klasztorze ceniliśmy sobie ciszę, a tu taka zmiana. Czyżby zwyczajni ludzie, tak się właśnie zachowywali. W sumie, mogłam to już dostrzec na lotnisku, gdzie każdy szedł w innym kierunku prowadząc z inną osobą rozmowę, a to ze swoim towarzyszem, a to znowu przez telefon.
Nie byłam pewna, co myśleć o wypowiedzi pilota. Ale jedno wiedziałam na pewno. Uwielbia plotkować, bo cały nasz lot gadał jak najęty. A to, że ktoś coś tam zrobił, a to znowu, że dzięki nowym rodzinom przybyło w szkole trzech moich rówieśników. Cały czas wynajdywał w swojej głowie jakieś dziwne nowości. Po jakiś dwudziestu minutach, miałam dość. Nie byłam przyzwyczajona do tego, aby przebywać w jednym pomieszczeniu, z kimś tak gadatliwym jak on. Patrzyłam przez szyby awionetki, ale nie było zbytnio nic widać, prócz gwiazd odbijających się w tafli wody i ciemniejszych wzniesień przed nami. Szkoda, że lecieliśmy akurat w nocy, tak przynajmniej mogłabym podziwiać piękne widoki. Musiałam przysnąć, bo pilot odchrząknął nagle. Wybudzając mnie tym samym z ciszy, jaka panowała w samolociku.
- No moja droga pasażerko, jesteśmy już prawie na miejscu. Gotowa na powrót do przeszłości. - Zaśmiał się gardłowo. Widocznie był z siebie zadowolony, że jego stwierdzenie wywołało na mojej twarzy takie przerażenie. Pomału, zaczynało już świtać i na wschodzie ukazały się pierwsze oznaki nadchodzącego poranka.
Nie odpowiedziałam na jego pytanie, sama już nie wiedziałam, czy moja decyzja o powrocie była słuszna. Im bliżej byłam domu, tym większe ogarniały mnie wątpliwości. Może powinnam jednak zostać w Europie?
Samolot wylądował, na tutejszym lotnisku. Pilot, odprowadził mnie do samochodu, który czekał na parkingu. Zobaczyłam, że w środku, ktoś czeka. Gdy się zbliżyliśmy do auta, wysiadła z niego moja mama i podbiegła do mnie szybko, tuląc mnie w swoich ramionach.
- Kochanie jak dobrze, że już jesteś, tak się martwiliśmy. Jak minęła podróż? Pewnie jesteś zmęczona?
Posypał się grad pytań. Nie wiedziałam, jak się zachować. Nie umiałam, nic jej odpowiedzieć. Na szczęście w tej samej chwili, pojawił się tato i uratował mnie spod gradu pytań.
- Ariel zostaw ją, przecież ona jest wykończona, będziesz miała jeszcze czas, aby o wszystko ją zapytać. – I puścił mi porozumiewawczo perskie oko. To w nim lubiłam najbardziej. Nie gadał bez potrzeby, tak dla samego gadania. Tą cechę na pewno odziedziczyłam po nim. Byłam mu strasznie wdzięczna.
- Wszystko porządku mamo. Lot minął szybko. Ale teraz faktycznie, muszę przyznać, że jestem zmęczona.
Wymówkę miałam dobrą, więc mama przytaknęła.
- Oczywiście skarbie, już jedziemy do domu. Położysz się spać. A jutro, wszystko mi opowiesz.
Rany nie cierpiałam tego. Co tu gadać. Pół życia spędziłam po za domem. Teoretycznie powinnam mieć o czy jej opowiadać. Ale czy chciałaby słuchać, o tym jak karmie kury, czy plewię zielsko w ogrodzie. To przecież nic ciekawego. Bynajmniej na pewno mogło się to schować do podróży, jakich ona doświadczała w tym czasie. Pełnych przygód i pięknych miejsc.
- Dobrze mamo. – Odpowiedziałam grzecznie.
Tata załatwił jeszcze coś z pilotem, po czym wrócił do samochodu. Rodzice mieli bardzo luksusowe auto. Roysroysa. Ale nie znałam się niestety na roczniku. W każdym razie wyglądał bardzo gustownie i elegancko. Na pewno, nie powstydziłaby się nim jeździć nie jedna księżniczka. Mi było nawet głupio wsiadać do tak pięknego auta. Nie czułam się w nim dobrze. Miałam wrażenie, że nie pasuję do tego luksusu. Do skórzanych czarnych siedzeń i połyskującej tapicerki.
Szarość poranka rozjaśniła delikatnie okolice. Niedaleko naszego auta ktoś stał. Wydawało mi się, że nam się przygląda. Jakaś postać w czarnym długim płaszczu. Nie byłam jednak pewna i kiedy chciałam spytać Ariel, czy zna tamtego, tajemniczego osobnika, on gdzieś się rozpłynął. Więc dałam sobie z tym spokój.
Chyba naprawdę byłam zmęczona, bo przespałam praktycznie całą podróż.
Gdy jechaliśmy w stronę domu, nagle pojawiła się mgła i nie było praktycznie nic widać. Mike musiał bardzo zwolnić. Nie mogłam uwierzyć, że mgła pojawiła się z nikąd, tak szybko. Już widziałam te warunki pogodowe. Prawie wieczna zima. Brr. Powietrze było tu zdecydowanie inne niż w Loriet. Było czyste i ostre zarazem.
Kiedy w końcu, po dwudziestu minutach dotarliśmy do domu, byłam skonana. Zatrzymaliśmy się na podjeździe, przed słabo oświetlonym domem. Była to stara willa w jasnym kolorze, z XIX wieku. Nie była jakiś specjalnie dużych rozmiarów. Przy oknach otwarte były okiennice, pomiędzy którymi piął się gąszcz z jasnych róż sięgając swymi końcami linii dachu. Daszek na ganku przed domem, był podparty dwiema kolumnami, po których również pięły się róże.
Krzewy, które mijaliśmy idąc w stronę głównego wejścia w ogóle nie wydawały mi się znajome. Roślinność tu i we Francji nieco się od siebie różniła Może to ta mgła sprawiała, że wszystko było dla mnie obce. Może dzień miał rozjaśnić to miejsce i wtedy mogłabym rozpoznać niektóre gatunki tutejszej roślinności. Może mogłabym sobie wtedy, cokolwiek przypomnieć z czasów, kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką.
Weszliśmy do środka przez drzwi, na których znajdował się witraż. Z początku nie wzbudził mojego zainteresowania, gdyż ciemne wnętrze nie pozwalało dostrzec jego treści. Jednak, gdy zapalono światło moją uwagę przykuła postać, która się na nim znalazła. Piękny anioł otulony swoimi skrzydłami. To było prawdziwe arcydzieło sztuki. Zdjęłam w przedpokoju buty i poczekałam, aż Mike i Ariel się rozbiorą i wskażą mi drogę, którą mam podążyć. Mike uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem.
- Za mną, drogie Panie. - Skłonił się w naszym kierunku niczym średniowieczny sługa, co wyglądało dość komicznie. Po czym podążył schodami na górę.
Weszłyśmy za nim, po schodach do pokoju znajdującego się na samej górze. Był tam mały korytarzyk, prowadzący jeszcze trochę w głąb, ale mój pokój znajdował się zaraz na wprost schodów, więc nie zastanawiałam się, co kryło się w dalszej części ów korytarza. W sumie byłam ciekawa jak wygląda mój pokój. Zastanawiało mnie czy może, choć w małym stopniu będzie przypominał mój pokój w Loriet i czy dzięki niemu miałam się czuć tu tak swobodnie jak w klasztorze? Weszłam do pokoju oświetlonego lampką znajdującą się na biurku. Nie wydawał się, ani za duży, ani za mały. Jak na mój gust spełniał wymogi, co do przestrzeni, jaką każdy nastolatek powinien mieć do swojej dyspozycji. Mike siedział na krześle przy biurku, przyglądając mi się badawczo. Jakby chciał zauważyć, czy to pomieszczenie mi się spodoba.
- I jak? - Zapytała Ariel
- Jest ładny. – Łóżko, biurko do pracy i toaletka niby pasowała do łóżka, bo zrobiona z tego samego materiału, ale jednak kłóciła się z biurkiem, które dawało całości lekko nowoczesny wygląd.
Moją ciekawość wzbudził mały element, znajdujący się na dwóch przedmiotach w tym pokoju. W centralnym miejscu, tuż przy wezgłowiu łóżka, wyrzeźbiona była ta sama postać ze skrzydłami, co na witrażu w drzwiach frontowych i ten sam maleńki element zdobił toaletkę.
Postać anioła otulającego się ciasno swoimi skrzydłami. Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Mikea.
- Skoro jest Ok. – Powiedział. - To myślę, że powinnaś teraz odpocząć. Wyglądasz na wyczerpaną. Tam masz swoją łazienkę Min. – Wskazał na drzwi, znajdujące się tuż obok szafki. - Jest w pełni wyposażona. Niczego nie powinno ci zabraknąć, Ariel zadbała już o to. – Uśmiechnął się pobłażliwie w stronę mojej opiekunki. – Ale gdyby jednak, o czymś zapomniała to daj znać. Nie będziemy cię już męczyć. Odpocznij sobie. - I wstając pocałował mnie w czoło, pociągając za sobą do wyjścia Ariel. Mama poszła za jego przykładem i również ucałowała mnie w czoło. - Dobranoc i dzień dobry kochanie. - Zdążyłam usłyszeć za nim obaj zniknęli za drzwiami. Nie słyszałam jak oddalają się, schodząc po schodach na dół.
Poszłam się odświeżyć. Mój pokój miał własna łazienkę, więc sytuacja była bardzo wygodna. Sama już nie wiedziałam, o czym myśleć. Wszystko zaczęło mnie przytłaczać Czułam się coraz mniejsza w świecie, który mnie otaczał. Klasztor, zdawał mi się teraz tak odległy. Wiedziałam, że był dla mnie bardzo bezpiecznym miejscem, tęskniłam za nim, za swoim małym pokoikiem z drewnianym zwykłym łóżkiem i biurkiem, na którym stała mała lampka nocna. Tak, tam na pewno był mój Dom. Tylko, że teraz, czas już było wyjść z ukrycia i zacząć żyć jak wszyscy.
Przytłaczały mnie takie proste rzeczy i bliskie mi osoby. A to przecież, był dopiero początek. Bałam się myśleć o tym, co będzie się działo w szkole, bo na samą myśl, przechodziły mnie dreszcze. Najzwyczajniej w świecie byłam przerażona.
Po kąpieli ubrałam się w piżamę, jaką Ariel uszykowała mi wcześniej i pozostawiła na brzegu łóżka. Postanowiłam, że troszkę odpocznę i ułożyłam się w kłębek. Jednak chwilę później, musiałam odpłynąć na cały dzień i noc, bo kiedy się budziłam zobaczyłam jak światło wdziera się do mojego pokoju przedzielając go tym samym na pół niczym laser. Teraz miał się dla mnie rozpocząć nowy etap mojego życia. Jak miało ono wyglądać? Niby sen przyniósł ukojenie nerwów, ale poranek wzmógł je jeszcze bardziej.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)